WRZESIEŃ 2007 - "MAJA ODFRUNĘŁA"

Wapieńska pszczółka Maja – pani Monika Hęś z pszczołami weszła w komitywę nieomal po urodzeniu – 03.06.1929 R. Na pamiątkę swojego chrztu, a miało to miejsce w dwa tygodnie później – wuj, Franciszek Przybylski ofiarował maleńkiej Monisi 2 roje pszczół. On również przez wiele lat był dla niej niezwykle surowym i wymagającym nauczycielem w zawodzie pszczelarza. Pani Monika pochodziła z Mokronos. Tam też z czasem oraz w pobliskim Smuszewie pobudowała swoją pasiekę, która na dziś liczy około 180 pni i jest rozlokowana na ponad hektarowym obszarze gruntu. Nie zawsze jednak było tak „słodko”. Zgnilec amerykański, który zaatakował pszczoły przetrzebił pasiekę do tego stopnia, że trzeba było ją budować od nowa. Były to czasy powojenne, panująca zaraza dosięgała wtedy wszystkich pszczelarzy. Zarażone roje palono u Kubisza w Podolinie. Do swojego ślubu, pani Monika posiadała 12 roji. Mąż – Józef, był zatrudniony w kopalni soli w Wapnie. Pracował w kolumnie szybowej i nie podzielał pasji żony. Jego pasją były ryby, o których mógł rozmawiać godzinami. Małżonkowie początkowo mieszkali na ulicy Staszica, jednakże w roku 1959 poszli już na „swoje” do nowo pobudowanego domu. Pani Monika oddała się swojej pasji – pszczelarstwu, łącząc ją częściowo z ogrodnictwem. Pasieka rozrosła się z czasem nawet do 248 roji. Przed II wojną światową Wapno terytorialnie należało do gminy Damasławek i tam też istniało koło zrzeszające wszystkich pszczelarzy z terenu. Jego prezesem była pan Nowak Władysław, zamieszkały w Ruścu a pochodzący z Turzy. Wapieńskie koło pszczelarzy powstało dopiero w roku 1965. Pierwszym prezesem był pan Roman Marzecki, po którym schedę przejął pan Walerian Dytczak a ostatnimi laty prezesurę dzierżyła pani Monika Hęś. W szczytowym okresie, tj. około roku 1975 do koła należało ponad 75 osób. Dla Pani Moniki pszczelarstwo było jej życiem. Jak mówiła: „Od marca do października prawie mnie nie ma w domu. Bywa, że rano wyjeżdżam a wracam przed północą. Niektórzy mówią, że mam dobrze, bo mi pszczółki same z nieba nanoszą, ale w pasiece naprawdę jest co robić. Ja jednak kocham moje pszczółki niewypowiedzianie i z każdym rokiem coraz mocniej. To jest chyba najprzyjemniejsza praca, jaka może być w życiu. Jak wiosna nastanie i w ogrodzie poczuję szum pszczół, to wydaje mi się, że jestem w Raju... ale w tym Raju trzeba się nachodzić, trzeba wszystko sprawdzić, pszczółki podkarmić, ramki powyciągać, sprawdzić czy rój przeżyje, jak matka czerwi. Gdy pszczoły przyjdą do siebie to trzeba im nowe ramki wstawić, bo w ciągu trzech lat gniazdo powinno być wymienione. Najwięcej pracy jest wtedy, gdy pszczoły się roją. Czasem się uda królową na „wylotku” złapać, to wtedy rój siada tam gdzie ja chcę, ale czasem to trudno wprost opanować. Jak byłam młoda, to żadnej nie darowałam a teraz wzrok słabszy, a to okularki zaparują i zsuną się z nosa...”Mówiła też, że gospodarz pracujący przy koniach śmierdzi... końmi, zaś ona śmierdzi pszczołami. Uwielbia ten zapach jak uwielbia też smak miodu i cieniła jego właściwości. Wszystkie rany, czy też użądlenia pszczół smarowała miodem zaś sam miód mogła jeść łyżkami. Rok 1977 był dla Wapna datą szczególną – jest to rok zatopienia kopalni soli. Dla pani Moniki zaznaczył się on zaś swoim swoistym dictum. Żartowała: przez zatopienie kopalni mam tylko galimatias. Kiedyś miała, tylko ule „warszawskie” a teraz mam różne ule i przez to muszę wykonywać różne ramki do uli „Stało się tak dlatego, że opuszczający Wapno mieszkańcy, którzy często też byli pszczelarzami pozostawiali swoje ule pani Monice. Były to ule o różnej wielkości ramek. Posiadała w sowim zestawie swoistą spuściznę w postaci uli „warszawskich” wąskich, poszerzanych a nawet wielkopolskie. Te różne rodzaje uli powodowały, iż pewnym problemem było robienie ramek o różnych właściwościach. Pszczoły same potrafiły naciągać ramki, później znosiły w nie jajka, obudowywały woskiem, tzw. wązą. Pani Monika mówiła o pszczołach, iż to są „czyścioszki” jednakże na wiosnę trzeba im pomoc przy sprzątaniu ula – trzeba wszystkie ramki po kolei oderwać, oczyścić z kitu, przejrzeć często wstawić nowe, trzeba położyć też miodowniki. Ileż w tym wszystkim pasji, ileż miłości do tych nieznośnych często owadów, które wkłuwając jad w nasze ciała giną. Ileż zarazem podziwu dla tych małych pracowitych stworzeń, szczególnie robotnic, które zbierając pyłek z kwiatów, przyczepiony do nóżek znoszą go do ula zapracowując się przy tym na śmierć. Pszczoły żyją trochę dłużej. Z roju, czyli z jednego ula zbiera się około 10-15 kg miodu. Miesiąc wrzesień każdego roku, to czas dokarmiania pszczół. Ociepla się wtedy ule, daje lekarstwo przeciwko warozie. Pani Monika, ta swoista wapieńska pszczółka Maja odfrunęła od nas w swój lepszy, być może pełen bzyczenia pszczół – świat, 24 września 2007 roku. Zdążyła nakarmić swoje pszczoły, opowiedzieć im bajkę na dobranoc przed długim zimowym snem. Jest takie przekonanie wśród pszczelarzy, których patronem jest Św. Ambroży, że pszczoły giną gdy ich właściciel umiera. Jest nawet taki zwyczaj, że po śmierci pszczelarza idzie się do jego pasieki powiedzieć pszczołom, że przeżyją, że będą miały opiekę. Wierzę, ze Ktoś, wiem nawet, kto na pewno to pszczołom pani Moniki zdążył już powiedzieć... Pani Monika Hęś za swoją miłość do pszczół, za pasję, której poświęciła swoje całe, pracowite życie została uhonorowana najwyższym odznaczeniem wśród pszczelarzy – statuetką im. ks. Jana Dzierżona. Cześć jej pamięci!

 

 

 



statystyka